23 czerwca, 2017

Urlop nad Bałtykiem - obciach czy fajne wakacje?

Koniec roku szkolnego. Zapewne większość z Was ma już plany wakacyjne, cześć dopiero takie plany robi, a reszta pójdzie na żywioł.  Ale co roku pojawia się pytanie - gdzie jechać? 

Kiedyś urlop nad Bałtykiem był marzeniem (prawie) każdego Polaka. Na wakacje nad polskim morzem czekały dzieci, czekali dorośli. To było coś! Do dziś pamiętam moje pierwsze ( w dzieciństwie jedyne) wakacje nad Bałtykiem i dźwięk letniego hitu Sabriny "Boys, boys, boys" lecący z każdego głośnika we Władysławowie.

Teraz Bałtyk jest passe. Przynajmniej tak wynika z opowieści. Naszym rodakom przeszkadza nad Bałtykiem praktycznie wszystko: niepewna pogoda, tłumy, zanieczyszczona plaża, wysokie ceny, parawaning, zachowanie innych urlopowiczów  i wiele, wiele innych. 

Teraz Bałtyk to obciach. 
"Jedziesz nad morze? Polskie? W tej cenie miałabyś wczasy na Chorwacji! I pogoda pewna! Woda ciepła! Ja tam się nad Bałtyk nie wybieram". 

Mniej więcej takie dialogi można usłyszeć w kontekście wakacji ostatnimi czasy. Tylko skoro nikt tam nie jeździ, to skąd te  tłumy na plażach i tysiące parawanów w relacjach telewizji śniadaniowych? A, już wiem, telewizja  kłamie. To statyści. Albo zaawansowana grafika komputerowa. 

Dla mnie Bałtyk ma swój urok. Mam do niego sentyment. 
Ze względu na moje miejsce zamieszkania (podkarpacie) na plażę chorwacką mam tylko troszeczkę dalej niż nad polską. Ale mimo to ciągnie mnie nad Bałtyk. W Chorwacji takich piaszczystych plaż nie znajdziemy, a największa frajda dla dzieci to ...piaskownica! Można tatusiowi zakopać całą nogę, albo on może zakopać nas po pas. Można się turlać, skakać, przewracać, budować zamki, tamy i co tam jeszcze wyobraźnia przyniesie. Dzieciom temperatura wody nie przeszkadza. Gdy ja szczękam zębami ledwie zamaczając kostki moje dziecko zanurzone prawie po szyję, radośnie piszcząc (też szczękając przy tym zębami) woła "Mamusiu, chodź do nas! Woda jest fajna!" 



Parawaning
Parawany od zawsze były wpisane w krajobraz bałtyckich plaż. Mają osłaniać przed wiatrem, który nad morzem jest dość silny i zapewnić odrobinę prywatności na zatłoczonej plaży. A że dużo plażowiczów to i dużo parawanów. Nie ma się co dziwić. Ale czy wszyscy musimy wypoczywać tuż przy głównym wejściu na plażę? Może wystarczy przejechać się kawałek dalej, poszukać mniej zatłoczonej plaży ? Są takie, naprawdę. Byłam, widziałam. Tyle, że nie była ona usytuowana przy głównym deptaku, trzeba było podjechać samochodem ok 2km (można i taki dystans pokonać piechotą, ale z wielką torbą zabawek, kocem i plażowym namiotem nie byłby to najprzyjemniejszy spacer), przejść przez las i ...voila - własna, prawie prywatna plaża. 
Ale Polak nie po to na urlop jedzie, szuka noclegu najbliżej morza, żeby potem 2 km na plażę jechać! Więc wstaje takowy urlopowicz o 5 rano i idzie z parawanem na plażę zająć miejscówkę najbliżej wody. W końcu nie po to na urlop wyjechał, żeby daleko chodzić! 
Czy naprawdę w tych Chorwacjach, Bułgariach czy innych kurortach plaże są puste? Tam może parawanów nie ma, ale czy naprawdę można się tak swobodnie rozłożyć tam, gdzie akurat nam się spodoba i najbliższego sąsiada będziemy mieć 5 metrów dalej? 




Brud
No nie da się ukryć, jest. Nie wszędzie oczywiście, bo im mniej zatłoczona plaża tym mniej śmieci. Ale nadbałtycki piasek od lat usiany jest kawałkami szkła, niedopałkami, papierkami i innymi śmieciami. Nie unikniemy tego, ale zamiast narzekać, pozostaje spojrzeć na siebie i zabierać po sobie śmieci. Gdyby każdy plażowicz zabierał swoje śmieci ze sobą, plaże byłyby przecież czyste. 
Niestety, faktem jest że przy plażach koszy jak na lekarstwo, a jak już są, to wypełnione po brzegi śmieciami, bo służby nie kwapią się, aby je opróżnić. Toi -Toi'ów tez nie widziałam za wiele. Więc i plaże dzięki temu najczystsze nie są.

Pogoda
Nad Bałtykiem bywa kapryśna. Trzeba wziąć to pod uwagę wybierając się tam na urlop. W sumie to nawet nie dziwię się tym, którzy wybierają urlop w Chorwacji po dwóch spędzonych nad Bałtykiem urlopach, na których przez bite dwa tygodnie padał deszcz. Też bym się wkurzyła i obraziła na Bałtyk. 
W dodatku, niezależnie od temperatury powietrza, woda w Bałtyku lodowata. 
Ja za każdym razem miałam szczęście.Ile razy byliśmy nad morzem, tyle razy akurat były afrykańskie upały w całej Polsce. Na 1,5 tygodnia pobytu jeden deszczowy dzień. Wiem, to prawie tak, jakby wygrać szóstkę w totka. 
Ale taki mamy klimat niestety. 



Kicz, tandeta i drożyzna. 
Narzekamy na stragany z kiczowatymi duperelami, poduszki z foczkami, plastikowe bransoletki imitujące bursztyn i całą masę innych gadżetów rodem z Chin. Mało tego, jeszcze całkiem to nietanie. Teraz, w dobie internetu i aliexpress, gdzie wszystkie te rzeczy możemy nabyć za przysłowiowego "dolara" takie stoiska nas wkurzają, bo ceny rzeczywiście potrafią tam odstraszyć. A dzieciom oczywiście się to podoba i koniecznie muszą mieć piątą łopatkę, piłkę, trzydziestą bransoletkę czy jeszcze inną setną kiczowatą zabawkę. 
Ale takie prawo dziecka. Pewnie, nie kupujmy wszystkiego, ale od jednej pierdołki więcej świat się nie zawali, a my nie zbankrutujemy. A jaka radość dziecka! 
Mam wrażenie, że radość dziecka jest wprost proporcjonalna do ilości różu  (w przypadku dziewczynek), kiczu i plastiku w zabawce. A jeszcze jak do tego gra albo świeci to już w ogóle szał. 



Nuda
Jak już się znudzi plażowanie, nie ma co robić nad tym morzem. 
Niestety, mało jest miejscowości typowo nadmorskich, w których w przypadku brzydkiej pogody mamy jakaś alternatywę. Gdzieniegdzie mamy aquaparki, w Trójmieście wiadomo - mnóstwo do zwiedzania, ale nie czarujmy się,  w większości mniejszych miasteczek nie mam nic poza plażą. Ale ja mam na to sposób (jeszcze nie musiałam korzystać) - zawsze zabieram kilka pudełek puzzli, gry planszowe, kolorowanki, bajki i inne rzeczy, które zabiją nudę w czasie deszczu. Dodatkowo bierzemy rowery. W razie mniej upalnej pogody uderzamy na wycieczki rowerowe - a malowniczych tras nad morzem nie brakuje. 



Korki 
Fakt, nadmorskie miejscowości mają to do siebie, że są na północy i o ile nie płyniemy z Finlandii, to musimy dojechać do nich samochodem (ewentualnie pociągiem lub samolotem, ale wtedy korki nas nie dotyczą) z kierunku południowego. Nic  więc dziwnego, że drogi dojazdwe do w/w miejscowości są zatłoczone. Biorąc poprawkę na stan owych dróg - o korki niestety nietrudno. 
Sama korków ni lubię. dzieci jeszcze bardziej - jak samochód nie jedzie to wszystko jest źle, niedobrze i w ogóle beznadziejnie. 
Ale drogi na szczęście są czynne całą dobę. My z tego korzystamy i jeździmy w nocy. Chłodniej, bez korków i jaka frajda dla dziecka ...Zasnęło ...i jak się obudziło było już 600 km dalej ... ( to starszy egzemplarz, młodszy w aucie niestety nie śpi i z nią jeszcze nie próbowaliśmy zrobić takiej trasy). 

Wszystko powyższe to prawda. Może się zdarzyć, że jadąc na wakacje utkniemy w giga-korku, po przyjeździe na miejsce okaże się, że pogoda jest paskudna, woda zimna a do tego są sinice i jest zakaz kąpieli. Będziemy się nudzić jak mopsy i narzekać, jak to nad tym naszym morzem jest beznadziejnie. 

Jest jednak jeszcze jedno "ale" od tych narzekań. Wyjazd nad morze to... przyjazd po zdrowie! Dziecko, bawiąc się na plaży, wdycha powietrze przesycone składnikami wody morskiej, w którym są mikroskopijne kryształki soli, jod, brom, wapń i magnez. Te pierwiastki leczą katar, łagodzą też stany zapalne w oskrzelach, alergię, astmę.
Owszem, jod występuje nad każdym morzem, ale nad Bałtykiem (podobnie jak nad innymi morzami północnymi) jest go więcej. Przyczyna? Większa prędkość wiatru nad Bałtykiem i wyższe fale (a to właśnie ich rozbijanie się o brzeg powoduje mgiełkę zdrowotnego morskiego aerozolu).

Zatem jeśli trafisz nad Bałtykiem na fatalną, wietrzną i sztormową pogodę nie pakuj od razu walizek i nie wracaj do domu.  Wtedy właśnie w powietrzu jest najwięcej cennych pierwiastków, w tym jodu. Im silniejszy wiatr, im wyższe morskie bałwany, tym lepiej. Cieplej ubierz siebie i dziecko i idźcie na plażę. Nie zamykajcie się w pokoju tylko idźcie na spacer pooddychać pełną piersią :) 

Podsumowując: dla mnie Bałtyk to żaden obciach. Wracam tam z przyjemnością, nie straszne mi korki, tłumy i stragany. Uwielbiam to miejsce i tą samą miłość do Bałtyku chcę wpoić moim dzieciom. 
Polska jest piękna, trzeba tylko umieć to docenić i nie szukać dziury w całym. 

*wszystkie zdjęcia są nasze; wykonane na wakacjach w 2015 r. 

08 czerwca, 2017

Sezon na (k)leszcza!

Ja osiwieję. Albo się wykończę nerwowo. Na pewno. 

Wczoraj nabyłam nową umiejętność - usuwanie kleszcza. Na szczęście nie z dziewczynek, a z psa. Co nie znaczy, że było to zadanie mniej stresujące. 
Jednego udało się wyciągnąć w miarę sprawnie, był malutki i jeszcze nie zdążył się mocno wgryźć. 
Drugi, sporo większy siedział w szyi, wgryziony już do połowy :( 

Odkryliśmy je przez przypadek. Nasz piesek jest długowłosy, kudłaty i bardzo ruchliwy. Kiedy nie śpi, to grasuje po podwórku. Niestety, kleszcze czają się teraz nie tylko w lesie, ale dosłownie wszędzie. Okazuje się, że nawet w trawie. I mimo codziennego przytulania, łaskotania i miziania można takie coś przegapić. Tak się akurat złożyło, że małżonek wczoraj pieseła wykąpał. 
Pieseł kąpieli nie lubi, więc wypuszczony z łazienki przybiegł do mnie na ratunek. I tak sobie głaskałam i miziałam tego mokrego zwierza, aż zobaczyłam cholerstwo. 

Najpierw tego małego "kleszczyka", na pyszczku. 
Zawołałam małżona. Mąż przyszedł wkurzony (akurat robił córce kolację), bo pewnie znowu panikuję, a kleszcza nigdy nie widziałam na oczy. Ale musiał niestety przyznać mi rację. Był kleszcz. Nie chciał się łatwo odczepić, ale jakoś się udało. 
Jak zobaczyliśmy drugiego, to już oboje się wystraszyliśmy. Duży, wgryziony do połowu w cienką skórę szyi naszego kochanego stworka :( 
Zadzwoniłam spanikowana do naszej lecznicy. A Pani Weterynarz spokojnie wytłumaczyła nam jak gadzieństwo usunąć. 

I tak: należy kręcić robalem w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Robal powoli powinien się wykręcić. Czasem wystarczy 1,5 obrotu, czasem trzeba trzy albo więcej. Ale trzeba kręcić. Absolutnie nie wolno ciągnąć kleszcza! Wtedy można urwać główkę insekta i bez interwencji lekarskiej się nie obejdzie. Oczywiście nie smarujemy niczym kleszcza, ani go nie ściskamy. To może spowodować, że wydali on toksyny do ciała naszego pupila. Delikatnie łapiemy pęsetą i wykręcamy.
Małżonek zestresowany, ale kręcił. Ja trzymałam pieska. O dziwo, nie wyrywał się. Wiedział chyba, że chcemy mu pomóc. Normalnie nie dał by się tknąć. Nawet czesać się nie lubi. A tu leżał spokojnie i ani drgnął. Mądra bestia. 
Udało się! Obejrzeliśmy robaczka - był na pewno cały. Dzięki instrukcjom Pani Weterynarz udało się pozbyć pasożyta.  Na szyi został spory rumień, ale to nic dziwnego po takim ugryzieniu. 

Mamy wyrzuty sumienia, bo tak ciągle odkładaliśmy zakup obroży albo kropelek przeciwkleszczowych. A pojedziemy jutro, pojutrze i tak ciągle było coś na głowie. 

Ale dzisiaj już tego nie odłożyliśmy. Pojechaliśmy do lecznicy, kropelki zaaplikowane. Za miesiąc powtórka. I tak przez cały sezon "kleszczowy". 
Obroża jest wygodniejsza, starcza na dłużej, nie trzeba pamiętać, żeby zakropić pieseła, ale u nas nie zda egzaminu. Obroża musi być jak najbliżej skóry pieska, a Stefan jest na tyle kudłaty, że ta obroża musiałaby go chyba udusić. Będą więc kropelki. Następne kropienie już wpisane w kalendarz.

Mało tego, jutro małżon ma w planie spryskanie podwórka specjalnym opryskiem na komary i kleszcze. 
Amelka dostała kategoryczny zakaz chodzenia boso po trawie (tak lubi najbardziej, ale nie będziemy ryzykować). 

Jeżeli macie zwierzęta, które sporo biegają po podwórku, po trawie, obejrzyjcie je dokładnie. Poszukajcie na skórze śladów kleszcza ( rumień) albo powbijanych pajęczaków. Jeśli dacie radę, usuńcie je sami. Jeśli nie - jedźcie do weterynarza. 
Kleszcze u zwierząt są tak samo niebezpieczne, jak u ludzi. Też mogą wywołać choroby odkleszczowe - m. in. boreliozę czy babeszjozę. 
Po usunięciu kleszcza należy naszego zwierzaka przez jakiś czas obserwować, i w razie wystąpienia jakichkolwiek niepokojących objawów ( np. apatii, braku apetytu, podwyższonej temperatury) natychmiast udać się do weterynarza. 

A to sprawca całego zamieszania. Stefan. Nasze trzecie dziecko :)




31 maja, 2017

Muszę, bo się uduszę ...

Będzie to post typu "gorzkie żale". Post w którym pokażę swoją zołzowatość w całej okazałości. Taki, w którym będę się czepiać i może dostanie się komuś Bogu ducha winnemu. Trudno. Ale muszę wyrzucić z siebie, co mi leży na wątrobie bo mnie żółć zaleje. 

Dzisiaj miałam próbę do przedstawienia w przedszkolu. Przedstawienia, które w zamyśle ma być przedstawieniem, w którym występują Rodzice przedszkolaków. Tu akurat z okazji Dnia Dziecka. Jest to już trzecie przedstawienie tego typu w mojej "aktorskiej" karierze. I , o ile Panie nauczycielki  nie zrezygnują z organizacji tego typu przedstawień, będę występowała dalej. 


*youtube.com

A dlaczego nauczycielki miałyby zrezygnować z organizowania przedstawień? Ano dlatego, że występują tam same. I jeszcze Panie kucharki i woźne oddziałowe. 
Tak tak, nie rodzice przedszkolaków - jak było w zamyśle - tylko własnie pracownicy przedszkola.

Obecne przedstawienie to "Rzepka" J Tuwima .Potrzebujemy do tego 12 osób (Narrator, Rzepka i dziesięcioro "wyciągaczy"). Na te 12 osób mamy czworo rodziców. Reszta to przedszkolna kadra.

Ja się pytam: dlaczego? Czy na setkę dzieci w przedszkolu nie znalazłoby się chociaż 10 rodziców chętnych do wystąpienia w przedstawieniu? Czy naprawdę rodzice dzieci z naszego przedszkola są ludźmi tak zajętymi, że nie znajdą czasu, żeby przyjść do przedszkola i sprawić dzieciakom frajdę ?

W poprzednich dwóch przedstawieniach też brali udział pracownicy przedszkola, bo nie było wystarczającej ilości chętnych rodziców, ale jednak było nas więcej. Teraz udało się zebrać zaledwie cztery osoby. 

Może ktoś czytając to poczuje się urażony, ale naprawdę uważam, że jeśli się chce to można sobie zorganizować czas tak, żeby tą godzinę znaleźć. 
Można poprosić szefa o urlop na dzień występu. Lub ewentualnie o przepustkę z pracy, jeśli zakład pracy takowe rozwiązania dopuszcza. 
Mamy opiekujące się w domu młodszymi dziećmi mogą poprosić o pomoc babcię czy kogoś z rodziny. Na czas występu na pewno ktoś chętnie zaopiekuje się maluchem. 
Oczywiście, na pewno są sytuacje, że po prostu nie można i już. Praca taka, że urlopu wziąć nie można. I nie ma w pobliżu babci czy kogokolwiek do dziecka. Nawet mogę zrozumieć, że ktoś może mieć w dniu przedstawienia umówioną z dużym wyprzedzeniem wizytę u lekarza, ale ... wszyscy? 

Nie jestem w stanie po prostu uwierzyć, że absolutnie wszyscy rodzice pracujący na etacie nie mają możliwości wzięcia jednego dnia urlopu. Ani nie jestem w stanie uwierzyć, że absolutnie wszystkie mamy opiekujące się dziećmi nie mają absolutnie nikogo, kto mógłby przez godzinę przypilnować dziecka. 
Ale nawet gdyby, to mamy jeszcze rodziców niepracujących na etacie i jednocześnie nie mających młodszych dzieci, którymi trzeba się opiekować w domu. Czy oni też nie mogą na godzinę odłożyć swoich zajęć, i wystąpić dla (między innymi) swojego dziecka? Czy akurat na ten dzień wszyscy mają zaplanowane wizyty u lekarza? 

Przykre to jest. Tyle mówi się i trąbi o poświęcaniu czasu dzieciom. O odejściu od komputerów, telewizorów i spędzaniu czasu razem. 
Czy naprawdę chodzi w tym o zabranie dziecka po przedszkolu na plac zabaw (uwielbiany swoją drogą przez dzieci) i poplotkowaniu z koleżankami w czasie gdy dziecko biega / zjeżdża / huśta się itp?
Czy naprawdę chodzi tylko o zjedzenie wspólnie obiadu w czasie gdy  w tle gra radio ?
Albo o pójście na niedzielny spacer, gdzie dzieci sobie a rodzice sobie? 
Czy nie możemy  podarować dzieciom tego naszego czasu własnie w postaci występu w przedszkolu?  Czy nasza praca czy inne zajęcia naprawdę nie pozwolą nam poświęcić godzinki na raz do roku? 

Nikt nie myśli chyba o tym, jak to widzą dzieci. A szkoda. 
Do dziś pamiętam jaka dumna była moja córka, kiedy zobaczyła mnie i męża w pierwszym przedstawieniu. Była taka szczęśliwa, kiedy mogła po przedstawieniu przybiec do mamy i taty na wspólne zdjęcie. Mówiła o tym chyba przez tydzień bez przerwy. Po drugim przedstawieniu tak samo. Teraz będzie tylko mama, ale radość dziecka też będzie ogromna. 

Tak sobie myślę, i wydaje mi się, że jednak chodzi tu o chęci. Rodzicom się nie chce angażować. Chyba uważają, że skoro dają dziecko do przedszkola, to zadaniem przedszkola jest go uczyć i bawić. Oni nakarmią, ubiorą, przenocują. 
Albo  podejście typu "niech się inni rodzice wykażą". A co tam, niech ta czy tamta mama sobie występuje. Mi się nie chce. 
Ewentualnie o obawę, że ktoś będzie się z nas śmiał: "Ja się nie będę przecież wygłupiać. Przebierać się za Rzepkę, Kopciuszka czy Józefa. Nie nadaję się i będą się śmiać". Ale to mam być śmieszne! Dzieci mają mieć radochę! 

Dzisiaj idąc po próbie do domu na placu zabaw widziałam mamę grającą z synem ( na oko siedmioletnim) w piłkę. Tak, mamę w piłkę. W krótkich spodenkach i adidasach. Wyglądała tak, jakby ... wyszła z synem pograć w piłkę. Ta mama nie obawiała się, że ktoś będzie się z niej śmiał. Chciała sprawić dziecku przyjemność i zapewne zrobiła. 

Szkoda, że rodziców z takim podejściem tak mało u nas w przedszkolu. 

Ja byłam już Góralką i Wróżką. Teraz będę Gęsią. Może jeszcze kiedyś wypatrzy mnie jakiś bogaty producent i obsadzi w hollywoodzkiej produkcji? 

Wygadałam się. Teraz myślę skąd by tu wziąć kostium gęsi, bo akurat takim Panie w przedszkolu nie dysponują ;) 



*pixabay.com

18 maja, 2017

Idealne prezenty na Dzień Matki.

Dzień Matki już blisko, zatem proponuję wydrukować poniższą listę i niby przypadkiem podrzucić swojej drugiej połówce, a nuż się domyśli? 
Co tam jakieś kolczyki czy pierścionki. Kwiaty albo wejściówka do SPA, to już przeżytek. 
My, matki, potrzebujemy przecież prezentów z prawdziwego zdarzenia. Takich z przytupem.


*pixabay.com

Szklana kula. 
Żeby sobie popatrzeć, czy jak na weekend zaplanujesz wycieczkę, to się dzieciaki w piątek rozchorują, czy może jednak uda się wyjechać. 
No i wtedy sprawdziłabyś sobie po ludzku pogodę, żeby nie pakować do auta dodatkowej torby z ciepłą bluzą czy kurtką przeciwdeszczową albo sandałkami na zmianę, bo a nuż akurat zrobi się ciepło? 

8 dodatkowych godzin w ciągu doby.
Nie mniej, nie więcej tylko własnie osiem. Te brakujące 8 godzin na sen, dzięki którym (wg wszystkich poradników) byłabyś zawsze młoda, piękna i tryskająca energią. 

Magiczny kosmetyk. 
Ale to taki magiczny, żeby działał jak w tych wszystkich tutorialach makijażowych - że jeszcze Pani pędzla do powieki nie przyłoży- i pstryk, już umalowana. Mało tego, jeszcze taki magiczny, żeby się cały dzień trzymał bez poprawek. 

Trzecie oko. 
Takie na wysięgniku. Oko, które przypilnuje raczkującego przy schodach malucha, w czasie kiedy Ty mieszasz zupę. Albo zajrzy do pokoju dziecięcego, kiedy zrobi się tam podejrzanie cicho. 
Trzecie oko najbardziej skutecznie działałoby w pakiecie z trzecią ręką, więc ja poproszę zestaw. 

Trzecia ręka.

Taka, dzięki której byłabyś jeszcze bardziej "multitasking". Taka, która poprowadzi wózek, jak będziesz niosła młodsze dziecko na jednej ręce a drugą trzymała starsze. Taka, która zakupy poniesie. Taka, która Cię podrapie, jak dwie pozostałe masz akurat zajęte. Taka, która poda Ci mokre chusteczki, kiedy otworzysz pieluchę z niespodziewaną wręcz ilością paliwa rakietowego, a chusteczki, jak na złość akurat są na drugim końcu pokoju. Taka, która nigdy się nie zmęczy. 

Jak oko i ręka, to jeszcze...

Trzeci cyc. 
Taki odłączany, zawsze pełny, żeby położyć ząbkującego niemowlaka w łóżeczku i mieć chwilę dla siebie. 

Urządzenie do teleportacji. 
Żeby sobie codziennie zaoszczędzić czasu i nerwów marnowanych na stanie w korkach czy parkowanie. 
Trzeba pojechać po dzieci? Wsiadasz do takiego ustrojstwa i - cyk - jesteś pod przedszkolem. Wsiadasz znowu - już żłobek. Trzeba odebrać przesyłkę z poczty na drugim końcu miasta? Co to dla Ciebie. W ułamku sekundy jesteś pod pocztą. 

Worek cierpliwości. 
Albo dwa. Przydałyby się w momencie, kiedy dziecko ubrane w białe rajstopki i tiulową spódnicę wywróci się w kałużę akurat w momencie, kiedy jesteście już pół godziny spóźnieni na proszony obiad u teściów.
Albo kiedy boli Cię głowa i marzysz o chwili ciszy, a Twoje dziecko własnie urządza sobie wyścigi z psem dookoła stołu, radośnie przy tym piszcząc i pokrzykując. 
Albo w tysiącu innych sytuacji, w których masz kogoś zamordować albo w najlepszym wypadku wysłać w kosmos. 

Skoro o kosmosie mowa, to przydałby się ....

Bilet w kosmos. 
Ale tylko w dwóch konfiguracjach. 
1. Dla Twojej rodziny.
2. Dla Ciebie i tylko Ciebie ( no ewentualnie z opcją zabrania przyjaciółki i butelki wina). 

Worek pieniędzy. 
Może jakaś kumulacja w Lotto. Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale lepiej płakać w Mercedesie niż tramwaju. 
Opłaciłabyś sobie nianię, kucharkę, sprzątaczkę, manikiurzystkę i fryzjerkę co dzień rano, ogrodnika i pielęgniarkę. 
A Ty wreszcie wypiłabyś ciepłą kawę i siadła na tyłku wcześniej niż o 21:00. 

Własnie - kawa. 



*pixabay.com


Kawa.
Są już ekspresy, które zrobią Ci kawę, zanim się obudzisz. Rodem z reklamy Jacobsa, tylko przystojnego Pana brakuje. Ale ja chcę taką kawę, która będzie ciepła, do momentu, kiedy będę w stanie ją wypić, czyli ... nie wiadomo ile. 

Magiczna różdżka. 
Jedno z Twoich dzieci chce pić, kiedy Ty akurat karnisz drugie, a woda stoi poza zasięgiem jego rączek? Pikuś. Abrakadabra - i jest. 
Własnie zeszłaś na dół,a Twoje dziecko przypomniało sobie, że teraz, już w tej chwili musi pobawić się zabawką, która stoi na najwyższej półce? Cyk - gotowe. Nie musisz lecieć po schodach. 
Dziecko zostawiło w przedszkolu ukochanego misia bez którego nie zaśnie i przypomina sobie o tym ,kiedy przedszkole jest już dawno zamknięte? Ha! Od czego masz różdżkę! 
Góra prasowania woła Cię z ciemnego kąta i ciągle rośnie? Użyj różdzki! Hokus-pokus ! Wyprasowane. 

Magiczne słuchawki.
To jest coś. Cały czas miałabyś swoje dzieci na oku, ale nie słyszałabyś pisków, wrzasków, ciągłego nawijania i bez przerwy "mamo!". Taka wizja bez fonii. 

Książę z bajki. 
Wtedy wszystkie wyżej wymienione przedmioty nie byłyby potrzebne. Wszystko załatwiałaby jakaś wróżka, matka chrzestna czy inna czarownica. A książę nosiłby Cię na rękach i spełniał każdą zachciankę. 


Co Ty na to? Spodobało Ci się coś z tej listy? 
Bo ja sądzę, że najlepszym dla nas - matek - prezentem będzie jakiś cud ;) 

13 maja, 2017

Blogosfera Canpol Babies

Canpol Babies to znana wszystkim mamom firma produkująca artykuły dla niemowląt i dzieci. Produkty mają tak dużą popularność i tak szeroki asortyment, że zapewne każda mama ma w domu przynajmniej jeden produkt tej firmy. Czy to butelkę, ręczniczek, nożyczki albo smoczek. Lub jeszcze coś innego. Nie wierzycie? Sprawdźcie. 


Firma Canpol Babies prowadzi również program Blogosfera, gdzie co miesiąc daje szansę blogującym mamom na przetestowanie swoich produktów lub organizację konkursu dla czytelników, w którym można wygrać rewelacyjne produkty od Canpol Babies. 


Postanowiłam, że i ja się zgłoszę do takiego testu. Może akurat się uda, bo w tym miesiącu do testowania mamy zestawy "Little Cutie" składające się z butelek szerokootworowych Little Cutie oraz smoczka uspokajającego i termoopakowania na butelkę, czyli coś, co aktualnie - przy oduczaniu młodzieży od cyca - bardzo mi się przyda. 


Więcej informacji możecie uzyskać pod tym linkiem: http://canpolbabies.com/pl/blogosfera. Bardzo Was do tego zachęcam. 

Być może też dzięki Canpol Babies uda mi się zorganizować dla Was konkurs.
Dlatego proszę, żebyście trzymali za mnie kciuki! 

Promocja!!!

No nie mogłam nie poruszyć tego tematu.Nie na darmo mówi się, że kobietę potrafią uszczęśliwić dwa słowa: 1. Kocham cię, i "50 % zniżki". Oj tak, te zniżki, promocje.. Ale czy tylko kobietę uszczęśliwiają? 


*vegafashiongroup.com


Sklepy i sieci handlowe wymyślają coraz to nowe sposoby, żeby przyciągnąć klientów.Otwarcie galerii handlowej w naszym mieście zasłużyło sobie nawet na wzmiankę w Faktach, specjalny temat w programach śniadaniowych i  kilka artykułów na najbardziej poczytnych portalach a filmiki z ludźmi pędzącymi po "kurczaka za złotówkę" długo krążyły w sieci zyskując tysiące wyświetleń. Jeden z marketów przypomina nam lata 80, gdyż już przed jego otwarciem ustawiają się przed drzwiami kolejki, bo akurat mają " rzucić" kurtki zimowe czy spodnie narciarskie, albo już w sklepie odbywają się bitwy o torebki czy roboty kuchenne (Słynny w internecie filmik "Niech Pan to puści"). Ta sama sieć handlowa zrobiła sobie niezłą (anty)reklamę po opublikowaniu w sieci filmików z "walki o karpia", którego przed świętami wystawiono w promocyjnej cenie.

Ostatnio podobną "akcję" zorganizował Rossmann. Na produkty do makijażu 49% zniżki, lub nawet 55%  przy zakupie trzech i zainstalowaniu aplikacji mobilnej. Rossmann takie wyprzedaże organizował już wcześniej, ale zawsze dawkował te rarytasy ( najpierw podkłady, za tydzień błyszczyki i szminki, za kolejny tydzień coś innego). Teraz było wszystko na raz.I znowu - kobiety oszalały. W Rossmanach Panie tłoczyły się przy półkach wybierając podkłady i szminki, nie używając nawet testerów, tylko pełnowartościowych produktów do próbowania koloru. Jeszcze inne brały wszystko jak leci nie patrząc na kolor, na zasadzie " może będzie dobry".Na wielu grupach FB pojawiały się zdjęcia paragonów opatrzonych hasłami "Moje polowanie", "Tyle zaoszczędziłam", itp. Rachunki sięgały nawet kilkuset złotych! A kolejki w tych dniach w Rossmanie zawijały się po trzy razy dookoła półek.


Żeby nie było, takie rzeczy nie tylko w Polsce się dzieją. A Stanach "Black Friday" też co roku zyskuje co najmniej kilkadziesiąt nowych filmików pokazujących  jakie pierwotne instynkty wywołuje w ludziach hasło "Wyprzedaż".



*blackfridaynews.pl

O co więc chodzi?

"Zakupy to nieodłączny element codziennego życia. Większości żywności nie wytwarzamy, a kupujemy. Podobnie jest z naszymi ubraniami, kosmetykami czy sprzętem elektronicznym. Oczywiście lubimy kupować "sprytnie", a więc szukamy okazji, ofert cenowych, wyprzedaży"
*Maciej Tygielski, CEO, MyShop.mobi


I to oczywiście jest ok. 
Sprzedawcy stosują rożne techniki, żeby wyeksponować odpowiednio produkty, które chcą sprzedać, opatrzone odpowiednimi etykietkami. I tak z prostych zakupów spożywczych wracamy bardzo często z koszem (nie)zbędnych produktów, bo akurat "były na promocji" i na pewno "kiedyś się przydadzą".
Sama niejednokrotnie wpadam w pułapkę takich technik sprzedażowych. Do dziś się zastanawiam, po co kupiłam w którymś z marketów pałeczki do chińszczyzny, skoro nie dość, że nie potrafię pałeczkami jeść to nie jestem smakoszem chińskiej kuchni ... 


Jednak oprócz zwykłego obniżania cen produktów i wystawiania ich w widocznych miejscach sieci handlowe organizują mega-wyprzedaże, o których wspomniałam wcześniej. Często są to złudne promocje i można się nieźle naciąć, bo bywa, iż przed promocją cena produktu jest podnoszona i potem obniżana - w efekcie płacimy tyle samo lub (o zgrozo!) nawet więcej niż przed promocją. 
Ale wracając do wyścigów i polowań - dlaczego ludzie zachowują się na tych promocjach tak, jakby to o co walczą było ostatnim produktem na ziemi? 

Psychologowie opisali już niejednokrotnie te zjawiska. Jest to związane z zachowaniem tłumu. 
W ludziach włącza się instynkt zdobywcy. 
Nieważne, czy mam ochotę na kurczaka czy nie - będę pierwszy. Pochwalę się przed znajomymi, że byłem w gronie iluś tam pierwszych osób, które dostały tego kurczaka za złotówkę. Ja jestem wygrany. Zdobywca. "Miszcz". 
We wspomnianym wyścigu na otwarciu galerii handlowej brała udział głównie młodzież szkolna (otwarcie było bodaj o 14:00 - akurat taka godzina "końca lekcji", więc dzieciaki miały rozrywkę oraz emeryci, ale i tak poszło w eter, że w Mielcu ludzie galerii nigdy nie widzieli i urządzili cyrk. 

Zaoszczędzę. 
No bo skoro Rossman robi taką promocję, za pól ceny, to muszę kupić trzeci tusz, piąty puder, siódmą szminkę czy kredkę, i tysięczny lakier do paznokci. Albo skoro takie tanie to wypróbuje ten, ten i tamten podkład, może mi będzie pasował. W efekcie podchodzimy do kasy z rachunkiem na kilkadziesiąt lub nawet kilkaset złotych ciesząc się, że to przecież i tak pół ceny z tego, co zapłacilibyśmy normalnie. 
No tak, ale normalnie tyle byśmy nie kupiły. Zastanowiłybyśmy się dwa razy czy kolejna szminka czy puder są nam tak niezbędne, że musimy je koniecznie kupić. Nie wspomnę o tym, że w drogeriach internetowych często ceny są własnie takie jak w Rossmanie po promocji, więc jak ten tusz się faktycznie skończy - można go w dobrej cenie zamówić z neta ( zgadując się z koleżanką, koszty przesyłki podzielimy na pół. Często dostawa jest też gratis). 
Zatem ta oszczędność jest pozorna. Ładnie wygląda na paragonie, ale czy to naprawdę jest oszczędność?




*kobiecefinanse.pl


Oczywiście, ja też lubię kupić coś taniej. Lubię wiedzieć, że wydałam mniej, niż wydałabym normalnie. Idąc na zakupy (np. ubraniowe) najpierw przeglądam wieszaki z napisem "SALE". Mam karty lojalnościowe z ulubionych sieciówek, dzięki czemu raz na jakiś czas wykorzystuję jakieś tam "punkty". Przeglądam marketowe gazetki. Ale na takie promocje jak te wyżej opisane ja się nie piszę. Nie lubię się przepychać, nie lubię walczyć o produkty. Wolę już kupić coś online i zapłacić za przesyłkę niż toczyć w sklepie boje o przeceniony lakier do paznokci. Nabywanie kurtek narciarskich i robotów kuchennych na wyścigach w Lidlu też mnie nie bawi. 
Nie chodzę zatem na otwarcia galerii czy sklepów a do mega-wyprzedaży staram się podchodzić z rozsądkiem, żeby nie obudzić się potem z toną niepotrzebnych produktów. 

Czy i Wam udaje się uniknąć "promocyjnych" pułapek? Czy wpadacie czasem w zakupowy szał? 


03 maja, 2017

O narodowym Polaków grillowaniu słów kilka ...

Nie od dziś wiadomo, że długi weekend majowy to niepisane Ogólnopolskie Święto Grillowania. 
Widać to szczególnie w sklepach kilka dni przed weekendem, gdzie sklepowe koszyki wypełnione są wszelkimi rodzajami mięs nadających się na grilla i co najmniej kilkoma bochenkami chleba, oraz zgrzewkami piwa i workami brykietu :D 
Czuć to też na spacerze w weekend, gdyż z każdego zakątka ( szczególnie w okolicach domków jednorodzinnych i działki rekreacyjnych) unosi się zapach palonego węgla drzewnego i marynowanej karkówki .... Co odważniejsi grillują nawet na balkonach w blokach, chociaż to powinno być zabronione, ze względu na przepisy ppoż. 



Skąd w Polakach taka miłość do grilla i moda na takie weekendowe grillowanie? 
Ano, jest to kolejna ( przyjemna zresztą, o ile pogoda dopisuje) okazja do spotkania z rodziną czy przyjaciółmi, do spędzenia razem wolnego czasu przy okazji zarzucając coś na ząb ;)  Tym bardziej, że potrawy z  grilla mogą być zdrowe i wartościowe, jeśli są dobrze przyrządzone. 


Moda na grillowanie przywędrowała do nas chyba zza oceanu, bo tam barbecue to dość popularny sposób na wolne popołudnie w gronie rodziny czy znajomych. 
W przeprowadzanych badaniach opinii publicznej ponad połowa Polaków deklarowała, że weekendy w okresie wiosenno-letnim spędza własnie na grillowaniu.

Co grillujemy? 
Zaczęło się od kiełbaski. Zresztą jest ona dalej najpopularniejszym produktem lądującym na polskim grillu. W drugiej kolejności - karkówka i szaszłyki.
Niektórzy są też smakoszami kaszanek, żeberek, skrzydełek. Popularność zyskują ryby - szczególnie pstrąg. 
W sieci pojawiają się nawet przepisy na "fit-potrawy" z grilla, będące alternatywą dla tłustych mięs i wybawieniem dla dbających o linię, którzy też chcieliby z uroków grilla pokorzystać ;) 

Firmy z branży gastronomicznej prześcigają się w wymyślaniu co raz to nowszych marynat, przypraw, sosów i innych dodatków do grillowanego mięsa. A dla leniwych mamy nawet gotowe, już zamarynowane i przyprawione kawałki mięsa, zapakowane próżniowo. 
Nic, tylko położyć na grillu, kilka razy obrócić i gotowe. 



Nie od dziś wiadomo, że grillowane potrawy smakują najlepiej popijane piwem :) A piwo smakuje najlepiej w towarzystwie meczy piłkarskiego. Jeśli takiego brak - to z grillem :D  ( chociaż podobno połączenie potraw z grilla i piwa niekoniecznie dobrze wpływa na żołądek - więc oficjalnie - nie polecam ;) ) .

Jak grillujemy?

W większości tradycyjnie, na rusztach opalanych węglem drzewnym lub brykietem. Tak przygotowanie potrawy ( przynajmniej mi osobiście) smakują najlepiej. Oczywiście tu trzeba pamiętać, żeby właściwie rozpalić grilla. Najlepiej nie używać wszelkiej maści nasączonych chemią podpałek czy ( o zgrozo!) dezodorantów, a jeśli już użyjemy takowych środków to zaczekać aż grill się porządnie rozpali ( grillujemy na żarze, nie smażymy na żywym ogniu). Pod zadnym pozorem nie powinniśmy do ognia pod rusztem wrzucać kolorowych gazet, szyszek czy igieł z drzew iglastych. Wtedy grillowanie staje się po prostu niebezpieczne dla zdrowia. Zalecane jest grillowanie na tackach aluminiowych, które znacząco ograniczają skapywanie tłuszczu na tlący się węgiel. 


Pojawiają się też grille gazowe czy elektryczne, na których przygotowanie potraw ma być zdrowsze, bo pozbawione chemii. Ale ( moim zdaniem) to już smak nie ten. Jednak smak mięsa okopconego na "prawdziwym' grillu jest inny, niż najlepszego nawet i najzdrowszego mięsa z grilla elektrycznego. 





Grill elektryczny ma jednak tę przewagę, że można go włączyć w domu, i w razie brzydkiej pogody nie trzeba moknąć na zewnątrz przewracając kiełbaski. Ale i to ma swój urok ;) 

Podobno są już nawet grille przenośne, które po złożeniu mieszczą się w plecaku i można je zabrać na wypad za miasto i tam grillować na łonie natury, aczkolwiek ja się z takim wynalazkiem jeszcze nie spotkałam. 

Tęskno mi ... 
Wiem jedno - odkąd nastała moda na grillowanie do lamusa odeszły tak popularne kiedyś wieczory przy ognisku. Już naprawdę rzadko kiedy spotyka się taką formę wspólnego spędzania czasu, a smaku kiełbaski usmażonej w żywym ogniu "na patyku" i ziemniaczków pieczonych w ognisku a spożywanych potem z masłem i solą nie zastąpi żaden, nawet najnowszy, najnowocześniejszy i najzdrowszy grill ... 



Co by nie mówić, jak by nie grillował i czego by nie smażył, grillowanie jest sympatyczną formą spędzenia czasu  z rodziną czy przyjaciółmi. 
Zatem (mimo pogody) - sezon grillowy uważam za otwarty! Do ogródków marsz!