08 czerwca, 2017

Sezon na (k)leszcza!

Ja osiwieję. Albo się wykończę nerwowo. Na pewno. 

Wczoraj nabyłam nową umiejętność - usuwanie kleszcza. Na szczęście nie z dziewczynek, a z psa. Co nie znaczy, że było to zadanie mniej stresujące. 
Jednego udało się wyciągnąć w miarę sprawnie, był malutki i jeszcze nie zdążył się mocno wgryźć. 
Drugi, sporo większy siedział w szyi, wgryziony już do połowy :( 

Odkryliśmy je przez przypadek. Nasz piesek jest długowłosy, kudłaty i bardzo ruchliwy. Kiedy nie śpi, to grasuje po podwórku. Niestety, kleszcze czają się teraz nie tylko w lesie, ale dosłownie wszędzie. Okazuje się, że nawet w trawie. I mimo codziennego przytulania, łaskotania i miziania można takie coś przegapić. Tak się akurat złożyło, że małżonek wczoraj pieseła wykąpał. 
Pieseł kąpieli nie lubi, więc wypuszczony z łazienki przybiegł do mnie na ratunek. I tak sobie głaskałam i miziałam tego mokrego zwierza, aż zobaczyłam cholerstwo. 

Najpierw tego małego "kleszczyka", na pyszczku. 
Zawołałam małżona. Mąż przyszedł wkurzony (akurat robił córce kolację), bo pewnie znowu panikuję, a kleszcza nigdy nie widziałam na oczy. Ale musiał niestety przyznać mi rację. Był kleszcz. Nie chciał się łatwo odczepić, ale jakoś się udało. 
Jak zobaczyliśmy drugiego, to już oboje się wystraszyliśmy. Duży, wgryziony do połowu w cienką skórę szyi naszego kochanego stworka :( 
Zadzwoniłam spanikowana do naszej lecznicy. A Pani Weterynarz spokojnie wytłumaczyła nam jak gadzieństwo usunąć. 

I tak: należy kręcić robalem w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Robal powoli powinien się wykręcić. Czasem wystarczy 1,5 obrotu, czasem trzeba trzy albo więcej. Ale trzeba kręcić. Absolutnie nie wolno ciągnąć kleszcza! Wtedy można urwać główkę insekta i bez interwencji lekarskiej się nie obejdzie. Oczywiście nie smarujemy niczym kleszcza, ani go nie ściskamy. To może spowodować, że wydali on toksyny do ciała naszego pupila. Delikatnie łapiemy pęsetą i wykręcamy.
Małżonek zestresowany, ale kręcił. Ja trzymałam pieska. O dziwo, nie wyrywał się. Wiedział chyba, że chcemy mu pomóc. Normalnie nie dał by się tknąć. Nawet czesać się nie lubi. A tu leżał spokojnie i ani drgnął. Mądra bestia. 
Udało się! Obejrzeliśmy robaczka - był na pewno cały. Dzięki instrukcjom Pani Weterynarz udało się pozbyć pasożyta.  Na szyi został spory rumień, ale to nic dziwnego po takim ugryzieniu. 

Mamy wyrzuty sumienia, bo tak ciągle odkładaliśmy zakup obroży albo kropelek przeciwkleszczowych. A pojedziemy jutro, pojutrze i tak ciągle było coś na głowie. 

Ale dzisiaj już tego nie odłożyliśmy. Pojechaliśmy do lecznicy, kropelki zaaplikowane. Za miesiąc powtórka. I tak przez cały sezon "kleszczowy". 
Obroża jest wygodniejsza, starcza na dłużej, nie trzeba pamiętać, żeby zakropić pieseła, ale u nas nie zda egzaminu. Obroża musi być jak najbliżej skóry pieska, a Stefan jest na tyle kudłaty, że ta obroża musiałaby go chyba udusić. Będą więc kropelki. Następne kropienie już wpisane w kalendarz.

Mało tego, jutro małżon ma w planie spryskanie podwórka specjalnym opryskiem na komary i kleszcze. 
Amelka dostała kategoryczny zakaz chodzenia boso po trawie (tak lubi najbardziej, ale nie będziemy ryzykować). 

Jeżeli macie zwierzęta, które sporo biegają po podwórku, po trawie, obejrzyjcie je dokładnie. Poszukajcie na skórze śladów kleszcza ( rumień) albo powbijanych pajęczaków. Jeśli dacie radę, usuńcie je sami. Jeśli nie - jedźcie do weterynarza. 
Kleszcze u zwierząt są tak samo niebezpieczne, jak u ludzi. Też mogą wywołać choroby odkleszczowe - m. in. boreliozę czy babeszjozę. 
Po usunięciu kleszcza należy naszego zwierzaka przez jakiś czas obserwować, i w razie wystąpienia jakichkolwiek niepokojących objawów ( np. apatii, braku apetytu, podwyższonej temperatury) natychmiast udać się do weterynarza. 

A to sprawca całego zamieszania. Stefan. Nasze trzecie dziecko :)




2 komentarze:

  1. Problem z kleszczami jest duży, nie tylko u zwierzaków, ale i u nas ludzi. Trzeba coraz więcej uważać na te paskudztwa, które mogą zrujnować nam zdrowie. Dużo nie trzeba... ostatnio po kąpieli zakładając pieluszkę synkowi - kleszcz chodził na niej ! ja się pytam skąd ? byłam przerażona. Dobrze, że zauważyłam i od razu go załatwiłam.
    Masakra.
    Pozdrawiam
    www.matkapolka89.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, to paskudztwo jest wszędzie. Ja na szczęście na dzieciach jeszcze tego nie znalazłam i mam nadzieję, że nie znajdę, ale dużo nie trzeba.
      Jeszcze jakiś czas temu były raczej człowiek spodziewał się spotkać je w lesie. Teraz są po prostu wszędzie :( Strach wyjść na spacer :(

      Usuń