21 stycznia, 2018

My w kuchni - odc. 1

To będzie mój pierwszy kulinarny wpis. Od czasu do czasu będę chciała wrzucić tu jakis przepis na cos co lubimy, albo coś, czym warto się podzielić.
Dzisiaj będzie to rolada mięsno-szpinakowa, danie od początku do końca wymyślone przeze mnie i mojego męża ;) Zazwyczaj korzystam z gotowych przepisów, ale tak jakoś wyszło, że ten wymyśliliśmy sami, a że wyszedł całkiem fajnie, to postanowiłam się nim z Wami podzielić :)

Składniki: 
Ciasto francuskie (ja kupuję gotowe, ale można zrobić własne) - 2 szt. 
Mięso mielone (użyłam wieprzowego, ale możecie dodać mieszane lub jakie inne chcecie) - ok. 1 kg 
Opakowanie mrożonego szpinaku
Pieczarki ( kilka sztuk)
Cebula (1 sztuka)
Śmietana 18%
Czosnek (4-6 ząbków)
Ser gorgonzola  (lub zwykły topiony, śmietankowy, albo jeden i drugi )
Ser żółty (kilka plastrów lub ok. 10 dag)
Sól, pieprz do smaku, olej do smażenia
Jajko (roztrzepane, do posmarowania rolady)

Przygotowanie:
1. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
2. Cebulę drobno siekamy. Pieczarki obieramy i ścieramy na tarce ( można je też pokroić).
3. Na odrobinie oleju podsmażamy cebulkę i dodajemy mięso. Zdejmujemy mięso z patelni do  innego naczynia (albo wyciągamy drugą patelnię) i dodajemy szpinak. Ja daję zamrożony, na patelni szybko się rozmraża. Chwilę podsmażamy, możemy jeszcze dodać odrobinę oleju jeżeli mięso wszystko wypiło. Jak szpinak będzie rozmrożony, dodajemy pieczarki i czosnek przeciśnięty przez praskę. Ja dodaję tak ok. 4-6 dużych ząbków. Dodaję też do smaku sól i pieprz. Chwilę przesmażamy, żeby pieczarki zmiękły. 
Następnie dodajemy ser (gorgonzola i topiony) i czekamy aż się rozpuści, od czasu do czasu mieszając. Dodajemy 2-3 łyżki gęstej śmietany. Mieszamy i doprawiamy do smaku solą i pieprzem, ewentualnie wciskamy jeszcze czosnek. Tu już każdy musi kierować się własnym smakiem.
4. Wrzucamy podsmażone wcześniej mięso, mieszamy, jeszcze chwilę wszystko razem podsmażamy i doprawiamy jeśli trzeba. Odstawiamy do wystudzenia.
5. Na stolnicy lub blacie rozkładamy ciasto francuskie (cały płat). Na ciasto wykładamy połowę  mięsa i rozsmarowujemy. 


Na to rozkładamy plasterki żółtego sera lub posypujemy serem startym. Zawijamy jak roladę. 




Farsz musi być dobrze ostudzony, bo inaczej ciasto francuskie będzie nam się topić. Zwinięta roladę smarujemy roztrzepanym jajkiem.
Powyższe powtarzamy z drugim ciastem i drugą połową farszu.

Rolady układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy w 180 stopniach około 30 - 40 minut. 

                                               *rolady jeszcze przed posmarowaniem jajkiem ;) 


Ciasto francuskie ma to do siebie, że lubi się w środku farszu nie upiec dokładnie, dlatego ja je trzymam w piekarniku aż 40 minut.
Po wyjęciu z piekarnika możemy dać roladzie chwilę na ostudzenie. Będzie jeszcze ciepła, a łatwiej będzie ją pokroić.

Serwujemy tak jak lubimy - z ulubioną sałatką, sosem czosnkowym czy innymi dodatkami. ( Niestety, zapomniałam zrobić zdjęcie gotowej, upieczonej rolady :/ Zrobię następnym razem i uaktualnię wpis). 

Generalnie powyższe danie to tzw. wolna amerykanka - możemy tam dodać co chcemy. Do szpinaku dorzucić fetę zamiast gorgonzoli, możemy pominąć pieczarki lub dodać ich więcej, możemy pominąć ser żółty lub wręcz dodać jego podwójną porcję. Należy się kierować własnym smakiem i wyczuciem i naprawdę można z tego stworzyć fajne danie dla całej rodziny.

Nawet moja córka, generalnie niejadek, dała się przekonać do zjedzenia rolady, bo powiedziałam jej że to jest taki sam farsz jak ten, który Panie w przedszkolu dają do pierogów, tylko w cieście francuskim - a nie w pierogowym. Przeszło.
A mój mąż, który do tej pory miał kontakt ze szpinakiem jedynie w sklepie przez opakowanie, nagle się przekonał i polubił go w tej wersji.

Watro chyba spróbować ;) 

06 stycznia, 2018

(Bez)sen ...

Była taka piosenka Brodki: " Miał być ślub", pamiętacie?
No to u mnie miał być blog .. I nie ma. To znaczy jest, ale milczy .... Przeliczyłam się z ilością czasu wolnego. Odkąd wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim,  pojęcie "czas" funkcjonuje u mnie jako "niedoczas". Innej opcji nie ma.

Bo ja naprawdę żyję w niedoczasie. Ostatnio zrobiłam małą analizę swojego dnia i kiepsko wyszło.
Wszystkie kolorowe prozdrowotne i nie tylko magazyny zalecają spać po 8 godzin dziennie. A bo organizm się regeneruje, a bo skóra jest piękna i wypoczęta, a bo energii więcej do działania itp.
Super, ale w takim razie kiedy żyć?
Doba ma ledwie 24 godziny.
Z tego 8 godzin snu - ok. Śpimy. Budzimy się wypoczęci, pełni energii, piękni i co tam jeszcze.
Zostaje 16 godzin. Tacy piękni i wypoczęci idziemy do pracy. Na kolejne 8 godzin. Albo i na więcej. Nie mówię tu o nadgodzinach, ale niektóre korporacje doliczają sobie przerwy obiadowe (niektóre nawet godzinę, na szczęście u mnie jest to tylko 15 minut). A ja jeszcze dojeżdżam do pracy ok godzinę w jedną stronę. Akurat teraz mam ten plus, że jeszcze karmię piersią więc przysługuje mi przerwa na karmienie. Zatem mam 7 godzinny dzień pracy. Plus dojazd w obie strony  - wychodzi mi 9 godzin (tak na okrętkę).
Zostaje 7 godzin ( matkom / ojcom niekarmiącym - 6 godzin). 7 godzin z 24-ech, w czasie których trzeba zrobić zakupy, zrobić pranie, ogarnąć lokum, jakieś posiłki przygotować. W przypadku posiadania dzieci jeszcze trzeba poświęcić im czas. U dzieci starszych pójść/pojechać na jakieś zajęcia pozaszkolne, czy to basen, piłka, czy szkoła muzyczna, tańce. Z młodszymi zabawa i pilnowanie na okrętkę, żeby dzidziuś gdzieś nie wlazł i krzywdy sobie nie zrobił. O czasie na ewentualnego fryzjera czy kosmetyczkę nawet nie wspominam, ostatecznie tego nie robi się codziennie. Weekend zazwyczaj polega na tym, że robimy to, czego nie zdążyliśmy zrobić w tygodniu, ech ....




Ostatnio gdzieś przeczytałam, że powinniśmy więcej czasu poświęcać na spotykanie się z przyjaciółmi. Rany boskie, jakiego czasu?!? Skąd brać ten CZAS?

Nie wiem, może ja przesadzam i niezorganizowana jestem. Może jeszcze więcej rzeczy powinnam robić na raz. Ale wychodzi mi na to, że nie żyjemy w idealnym świecie i z czegoś trzeba zrezygnować.
Albo ze snu, albo pracować na pół etatu (szczęśliwi ci, których na to stać), albo nie pracować wcale, albo zrezygnować z czasu z dzieckiem ( a niech ojciec się zajmie). Ciężka sprawa.
Ja rezygnuję ze snu. Niestety, pogodziłam się z faktem, że nigdy nie będę piękna i wypoczęta. Wulkanem energii też nie będę. Zazwyczaj śpię koło 4 - 5 godzin, czasem dociągnę do 6ciu. Niestety czasu spędzanego w pracy ani dojazdu do niej skrócić nie mogę. Dzieciom i tak nie poświęcam tyle czasu, ile bym chciała, więc tu nie mam z czego zabrać. Sprzątam, żeby się nie pozabijać w domu o walające się rzeczy i nie udusić z kurzu, ale pedantką nie jestem. Kiedyś prasowałam tuż po wypraniu, ale już tego nie robię. Ostatnio prasuję dopiero, jak szafa świeci pustkami. Gotuję, jak mam pomysł, ochotę i chwilę, bardziej w weekendy. Na tygodniu gotuje przeważnie mąż. A jak i on nie ma możliwości - to zamrażalnik służy nam pomocą. Zawsze mamy tam zapas pierogów, klusek śląskich, frytek i szpinaku - taka ostatnia deska kulinarnego ratunku. 
Musiałam zawiesić pisanie bloga, bo nawet jak miałam chwilę albo wenę, żeby coś skrobnąć wieczorami, to już zabrakło czasu, żeby tekst opracować i opublikować, bo albo Adelka się obudziła na karmienie, albo zastała mnie północ czy później - a czas do porannego budzenia nieubłaganie uciekał ... 

Także ten 8-godzinny, wspaniały, regenerujący SEN to coś, z czego muszę zrezygnować, żeby jakoś funkcjonować. Bo z niczego innego nie mogę. A że to funkcjonowanie przez brak wystarczającej ilości snu jest takie "na pół gwizdka" to już inna sprawa ... Wyżaliłam się. Może za miesiąc napiszę coś znowu ...



12 sierpnia, 2017

Podróże małe i duże - Kazimierz Dolny

Uwielbiamy z mężem podróżować. Jeszcze w czasach "przed dziećmi" potrafiliśmy spontanicznie wsiąść w auto i zrobić 150 czy 200 km, żeby pospacerować po Szczawnicy, zjeść kurczaka w KFC w Krakowie czy zrobić zakupy w Warszawie. 
Teraz, z dziećmi sytuacja jest już bardziej skomplikowana. Bo o ile pomysły na spontaniczne wyjazdy są, to z wykonaniem już gorzej, bo trzeba dzieci trzeba zapakować do auta z całym inwentarzem typu wózek, kocyk, zapas pieluch, drugi komplet ubrań itp.
Ale czasami się udaje. 
Tak było i tym razem. W sobotę wieczorem wpadł nam do głowy pomysł na wyjazd. Myśleliśmy o Krakowie, ale już kilka razy byliśmy ostatnio, więc należało coś zmienić. 
I tak padło na Kazimierz Dolny. Względnie niedaleko (ok. 2h drogi), przyjemne miasteczko, pogoda ładna. 
Rano zapakowaliśmy się w samochód i po śniadaniu wyruszyliśmy. 
Niedziela może nie jest najlepszym dniem na takie wycieczki, bo wszędzie jest tłoczno, ale ze względu na pracę nie możemy sobie pozwolić na wyjazdy na tygodniu. 

Parking:
Podróżowanie samochodem wiąże się z koniecznością pozostawienia pojazdu w jakimś miejscu, tak aby móc później pieszo podziwiać lokalne atrakcje. W Kazimierzu parkingów jest kilka, oczywiście wszystkie płatne. Bliżej lub odrobinę dalej od Rynku. Taka przyjemność będzie Was kosztowała 3 zł za każdą godzinę, lub 10 zł "do zachodu słońca".  My wybraliśmy tą drugą opcję, bo była bardziej opłacalna. Pozdrawiamy przy okazji miłego starszego Pana zarządzającego parkingiem! 

Atrakcje: 
W Kazimierzu nie brakuje atrakcji. Każdy znajdzie coś dla siebie. Poza turystyką, Kazimierz znany jest ze swoich związków ze sztuką. Wielu malarzy ma tu swoje galerie, pracownie, odbywają się tu też plenery malarskie.  To malownicze miasteczko, w którym nie brakuje klimatycznych uliczek i zakamarków oraz wspaniałej architektury (renesansowe kamienice, średniowieczne ruiny zamku, synagoga). Można też pospacerować deptakiem nad brzegiem Wisły. Można się wspiąć na Górę Trzech Krzyży w pobliżu Kazimierza, zwiedzić ruiny zamku w Janowcu lub pospacerować Wąwozem Korzeniowy Dół ( my ze względu na dzieci i wózek ominęliśmy te punkty). My lubimy spacery, więc sporo spacerowaliśmy. 

Mamy tu ładny Rynek, z centralnie położoną studnią. Niestety, ilość turystów w niedzielę skutecznie ten widok przesłania. Dodatkowo studnia zasłonięta jest z każdej strony przez malarzy, czarownice i innych temu podobnych osobników, którzy namalują nam portret albo uśmiechną się do zdjęcia za odpowiednią opłatą oczywiście. 



Skoro była mowa o Wiśle, to nie sposób pominąć atrakcji w postaci rejsu statkiem. Ze względu na dzieci zdecydowaliśmy się skorzystać z tej opcji. 
Statek zabiera pasażerów na godzinny rejs w górę Wisły, mijając stare kamieniołomy, Zamek w Janowcu, Mięćmierz i dopływa do "Krowiej Wyspy" gdzie zawraca, i płynie z powrotem do Kazimierza. Widoki naprawdę piękne. 







Bardzo miło spędziliśmy ten czas, a Amelka była zachwycona już samym faktem znalezienia się na statku. 




Rejsy odbywają się codziennie w sezonie letnim, a koszt takiego rejsu to 17 zł za osobę dorosłą i 15 zł za dziecko powyżej 4 roku życia. Od młodszych pasażerów opłaty nie są pobierane. Bilety można kupić w kasie, tuż przed wejściem na statek. 





Miasto można zwiedzić również wykupując sobie przejazd melexem, dorożką czy nawet karetą, ale znów - ze względu na wózek my korzystaliśmy wyłącznie z własnych nóg. 

Kulinaria: 
Nie skorzystaliśmy z oferty żadnej z restauracji, chociaż jest ich w Kazimierzu mnóstwo. Ale dotarliśmy do miasta po śniadaniu, więc chwilę zeszło zanim zgłodnieliśmy. Amelka również ni czuła głodu, ponieważ od razu po przyjeździe musiała zjeść frytki ( nie ma takiego miejsca serwującego frytki, z którego moje dziecko by nie korzystało). Zatem dostała frytki belgijskie (całkiem dobre zresztą) od razu po przyjeździe i głodna nie była. A potem w poszukiwaniu koguta trafiliśmy do Piekarni Sarzyńskich i deserze nie byliśmy już głodni do samego wieczora. 

Piekarnię Sarzyńskich możemy z czystym sercem polecić. Nie tylko kupiliśmy tu koguta i pyszne drożdżówki, ale wypiliśmy pyszną popołudniową kawę w towarzystwie pysznego sernika. 
Szaleństwo. 




Kogut
Kogut z ciasta to "must have" każdej wizyty w Kazimierzu. Podobno najlepsze są w Piekarni Sarzyńskich. My nie przepadamy za drożdżowymi bułami ( a taki własnie jest ten kogut), no ale kupiliśmy jednego, żeby nie było. Nie możemy porównać smaku z innymi sprzedawanymi w wielu punktach kogutami, bo uznaliśmy że taki jeden nam wystarczy (jest sporych rozmiarów). W smaku przypomina po prostu drożdżową bułę. 



Pamiątki: 
Stragany z pamiątkami są nieodłącznym elementem krajobrazu każdego miasteczka, do którego przyjeżdżają turyści. Można na nich kupić wszystko od wyrobów regionalnych po chińskie pierdółki rodem z aliexpress. 
My jak zawsze zaopatrzyliśmy się w magnesik na lodówkę i kubek, bo to nasze standardowe zakupy na takich wyjazdach. Amelce natomiast spodobały się drewniane gwizdki w kształcie ptaszków, i takiego sobie sprawiła (sama). Oczywiście podobały się jej również wszelkiej maści kolorowe balony, ale takich rzeczy z reguły nie pozwalamy jej kupować. Stanęło więc na gwizdku.

Generalnie bardzo miło spędziliśmy popołudnie. Jak się okazało uciekliśmy przed deszczem, który zawitał do nas do miasta. My pogodę mieliśmy idealną na spacery. Było ciepło, ale nie gorąco. Dość wietrznie, co trochę dokuczało podczas rejsu statkiem, ale dało się znieść. I naprawdę było bardzo przyjemnie :)

Bardzo polecam to miejsce na rodzinny wypad. Nie tylko jednodniowy. Jeśli jesteście koneserami sztuki na pewno spodobają się Wam liczne galerie 
i muzea udostępnione zwiedzającym. Jeśli nie macie już dzieci w wózkach lub używanie chust czy nosideł możecie podziwiać piękne krajobrazy spacerując okolicznymi wąwozami. Gwarantuję, że miło spędzicie czas i będziecie mieli co robić. Jeżeli macie możliwość przyjedźcie tu na tygodniu, będzie luźniej. 


*Wszystkie zdjęcia są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i udostępnianie. 

31 lipca, 2017

Uważaj na siebie!

Ten post miał pojawić się już na wiosnę. 

Pomyślałam o nim, jak tylko zrobiło się ciepło i na ulicę wylegli pierwsi rowerzyści. Teraz mamy już połowę wakacji, więc temat dalej aktualny, i nawet ze zdwojoną siłą, bo do rowerzystów dołączyły jeszcze dzieci, młodzież i biegacze.
Oczywiście chodzi o ich poruszanie się po nieoświetlonych drogach w ciemnych ubraniach bez odblasków. 
Tak, tak - mimo kampanii społecznych, apelów policji i innych służb publicznych wciąż tacy się zdarzają. I to nie są pojedyncze przypadki.


*seniorzy24.pl

Oczywiście jak świat światem, rowerzyści na ulicach są i będą. Piesi też. Sama czasami należę i do jednej i do drugiej grupy. Ale wychodząc z domu staram się zabrać też rozum i rozsądek. Nie ubieram się jak choinka świąteczna, ale nie ubieram się w ciemne rzeczy wiedząc, że będę szła /jechała nieoświetloną drogą.

Sytuacja, ,która mi się przytrafiła, miała miejsce jakiś czas temu, ale jak sobie przypomnę - wciąż mam ciarki.
Jechałam taką własnie nieoświetloną drogą, w dodatku z zakrętami,ok. 22. Było już całkiem ciemno. Droga nie jakaś super szeroka, ot taka, że dwa samochody się miną. Bez pobocza jako takiego, więc rowerzyści poruszają się normalnie po drodze. I takich rowerzystów przed sobą zobaczyłam. Ani jeden nie miał światła tylnego, ale na szczęście przednie mieli dość mocne, i dało się ich zauważyć. 
Nie jechałam szybko, wrzuciłam kierunkowskaz żeby ominąć rowerzystów i zjechałam na lewą stronę drogi, żeby ich bezpiecznie wyminąć. I w tym momencie przed sobą zobaczyłam kolejnego rowerzystę - jadącego w przeciwnym kierunku niż ja. Zero świateł, zero odblasków, nic! Zamarłam. Nie wiem, jakim cudem udało mi się zmieścić między tych rowerzystów po prawej, a tego rowerzystę z przeciwka i nikogo przy tym nie uszkodzić. Po prostu się zapowietrzyłam. Prosta droga, gdyby ten człowiek miał jakiekolwiek światło - zobaczyłabym go wcześniej. Nie wymijałabym tamtych . Nie miałam pojęcia, że on tam jest.

Podobna sytuacja - w czasie remontu głównej drogi do pracy jeździłam przez małe miasteczko, pełne krętych uliczek i zakamarków. I pewnego ciemnego poranka wyjechałam wprost na babcię z bułeczkami. Szła sobie środkiem pasa, po ciemku, przy zakręcie. Nic się na szczęście nie stało, odbiłam w bok i bezpiecznie babcię minęłam. Ale kierowca jadący szybciej/zamyślony/zagapiony już mógłby w porę nie zareagować. 

Nie wiem, dlaczego wciąż mamy takie sytuacje. Tyle apeli, tyle odblasków rozdawanych w szkołach, na piknikach i innych eventach, tyle pogadanek, filmów w internecie. Nawet mandaty miały być za brak odblasków w terenie niezabudowanym. Producenci odzieży dodają elementy odblaskowe do kurtek, butów, spodni, plecaków. Niewiele to pomogło. 

Oczywiście, kierowcy też mają swoje za uszami. Wcale ich nie bronię. Jeżdżą szybko, brawurowo, niektórym się wydaje, że są królami szos. Nie zwalniają, rozjeżdżają jeże, koty i lisy, które wtargną im na drogę, bo to "ich droga". 
Przez przejazd kolejowy przejeżdżają na pełnym gazie, nierzadko uszkadzając przy tym samochód, ale po co zwalniać,szkoda czasu. Piszą smsy i rozmawiają przez telefon, nie koncentrując się na drodze. Siadają za kółko zmęczeni i rozkojarzeni. Też nie są święci, jednym słowem. 

Ale tym bardziej - piesi i rowerzyści powinni zrobić wszystko, żeby zwiększyć swoje szanse na drodze. Bo do tanga trzeba dwojga, jak to mówią. Sama ostrożność kierowcy nie zawsze wystarczy. 


*google.pl

Widoczność człowieka ubranego w ciemny strój, bez elementów odblaskowych to ok. 40- 50m. Tak na odległość świateł. W przypadku kiepskich warunków atmosferycznych ta odległość się zmniejsza. W przypadku założenia takich elementów odległość, z której kierowca może zobaczyć pieszego zwiększa się do ok 150 - 200 m. Jest różnica. Nawet te 100 metrów daje kierowcy szansę na reakcję, ominięcie człowieka. To naprawdę może uratować życie. 

Sprawdźcie swoje rowery. Zainwestujcie w oświetlenie. Lub po prostu kupcie kamizelkę czy odblaskowe opaski za kilka złotych i zamontujcie je na rowerze i ubraniu,kiedy się wybieracie na przejażdzkę. Naprawdę, Wasze życie może być warte własnie te kilka złotych. 



*dziennikpowiatowy.pl

27 lipca, 2017

To już rok!

Lipiec prawie minął, a jak napisałam zaledwie jednego posta.
Ale są wakacje, przedszkolak i niemowlak w domu, czas jakoś obojgu trzeba zająć. Jak to matka polka - jak widzę rano słońce - robię trzy prania zamiast jednego. Potem góra prasowania atakuje mnie z kąta.
Do tego jeszcze przygotowania do roczkowej imprezy Adelki, ząbkowanie i nieprzespane noce - i pisać nie ma kiedy.

Ale ja nie o tym chciałam. Chciałam się pożalić, że ten czas tak szybko ucieka. Że ani się obejrzałam, a tu już moje dziecko skończyło pierwszy rok życia. Ma cztery zęby. Chodzi na czworakach, staje przy czym się da i włazi na schody przyprawiając mnie o zawał (bramek nie ma, czekam na nie z utęsknieniem).
Dopiero co się urodziła, była malutka i ważyła zaledwie 2650g. A tu już poważny z niej dzidziuś.

Przez ten rok wiele się działo,i sporo przeszłyśmy. Bóle brzuszka, wysypki, swędzenia, ząbki. Od roku nie przespałam ani jednej całej nocy. Nauczyłam się gotować zupki oraz samodzielnie decydować, co jest dla moich dzieci dobre, a co nie.

Od roku czasu dla siebie mam mało (dzięki mężowi mam go choć odrobinę), muszę wybierać na co wykorzystać rzadkie wolne chwile. Czasami narzekam. Mam ochotę wszystko rzucić, i polecieć na księżyc, na trzy dni, całkiem sama. Czasami nie wyrabiam na zakręcie, wyciągając młodej z buzi ćmę lub psią karmę. Klnę, potykając się na podłodze o zabawkę, którą pięć minut wcześniej odłożyłam na miejsce.  Salon wygląda jak tydzień po wprowadzinach, kiedy nie było jeszcze stołu i kanap, bo wszystko jest podosuwane do ścian i mebli, żeby pozasłaniać sprzęty elektroniczne i gniazdka. Pomysły na obiady już dawno mi się skończyły. ( Dobrze, że chociaż Amelka nie jest wymagająca i codziennie jadłaby tylko pomidorówkę a na drugie lody ) .

Ale mimo to, nie zamieniłabym tego czasu na najlepsze wakacje w tropikach. Te moje płacząco-brudząco-dokuczające dzieci są całym moim światem i nie potrafiłabym bez nich żyć. Mój dom, który co prawda nie zachwyciłby Perfekcyjnej Lady Majdan jest moim azylem, moim miejscem na ziemi, moim kawałkiem świata. Wiem, że ten czas się nie powtórzy. Dlatego staram się czerpać jak najwięcej przyjemności z tego, gdzie teraz jestem.

Tak świętowaliśmy ten pierwszy rok:





*wszystkie zdjęcia są naszą własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i udostępnianie

03 lipca, 2017

Testujemy z Canpol Babies

Jak wiecie, zgłosiłam się do majowej edycji testowania, organizowanej przez Canpol Babies


Pisałam o tym tutaj
Muszę przyznać, że nawet zdążyłam zapomnieć, że wysłałam zgłoszenie - a tu niespodzianka! E-mail od Canpol, że zostałam testerką ! Gwoli ścisłości - testerką została Adelka, bo zestawik był dla niej. Ja tylko opiszę wyniki ;) 

Zestaw zawierał: 
1) Smoczek uspojakający 6-18 mcy 
2) Butelkę antykolkową Little Cutie 120 ml
3) Butelkę antykolkową Little Cutie 240 ml
4) Termoopakowanie na butelkę 

Od razu po otrzymaniu przesyłki zabrałyśmy się za testowanie, i nawet nie pomyślałam, żeby zrobić zdjęcie zestawu ;) Zrobiłam je już w trakcie testowania, dlatego nie wszystko jest w oryginalnych opakowaniach :) 





W pierwszej kolejności przetestowałyśmy smoczek, bo i tak nosiłam się z zamiarem zakupu nowego, więc akurat idealnie się przydał. Adelka jest dzieckiem w większości bezsmoczkowym, ale ponieważ ząbkuje to dostaje smoczek do zabawy i gryzienia. 
Smoczek bardzo się jej spodobał. Wyglądała go a wszystkie strony, pomachała i bach - do buzi ;) Smoczek jest o tyle wygodny, że ma dość spory uchwyt, przez co dziecku łatwiej jest go złapać w rączkę :) Przyczepiony na specjalnym uchwycie jest również jedyną zabawką, którą Adelka nie może pobawić się w wyrzucanie ;) Ciągnie i ciągnie i smoczek nie chce spaść na ziemię.  A to dopiero zagadka! 
Jedyny minus to taki, że smoczek nie ma plastikowej zatyczki. Trzeba nosić do niego osobne opakowanie, żeby go schować gdy nie jest potrzebny.






Potem rozpoczęłyśmy test butelki. 
Mniejsza butelka ma dołączony smoczek dla noworodka, dla Adelki za mały. Większa miała smoczek nr 1, 3mce+, więc tę przetestowałyśmy jako pierwszą. Wydawało mi się, że będzie on i tak za mały dla Adelki (w końcu dzidziuś ma już 11 miesięcy) i zamierzałam dokupić większy smoczek, ale - zaskoczenie - nie było problemu z piciem. 
W naszej dotychczasowej butelce musiałam zmienić smoczek na ten o największym przepływie, bo Adelce bardzo ciężko się piło. Tutaj nie było widać, żeby w picie wkładała jakikolwiek wysiłek. Zatem większego smoczka nie kupiłam. Pijemy na razie z tego. 
Generalnie bardzo spodobał mi się fakt, że do butelki można dokupić smoczki dostosowane do wieku dziecka, jednak w jeszcze szerszym wachlarzu rozmiarów niż w innych butelkach. Naprawdę można idealnie dobrać smoczek:

 
Adelka bardzo się z butelką polubiła. I okazuje się, że wybór większej butelki był słuszny - bo Adelce łatwiej ją złapać w rączki i próbować samodzielnego picia. Zresztą nie tylko dziecku wygodnie ją trzymać - ma tak wyprofilowany kształt, że i dorosłemu wygodnie ją trzymać w ręce. Ma to zapewne znaczenie dla rodziców karmiących dzieci mlekiem modyfikowanym - trzymanie takiej butelki jest naprawdę wygodne i pewne ;) 
Dla rodziców karmiących butelką maluchy nie bez znaczenia będzie fakt, że butelka ( a właściwie smoczek) posiada specjalny zaworek antykolkowy, zapobiegający powstawaniu pęcherzyków powietrza w pokarmie a przez to redukujący kolkę, nadmierne odbijanie i gromadzenie gazów. 
Sam smoczek, wykonany z silikonu, kształtem przypomina pierś mamy, przez co ułatwia karmienie mieszane. Adelka, od początku karmiona tylko piersią, bez problemu załapała picie z butelki i proces ssania piersi absolutnie nie został zaburzony. 
Dodatkowo butelka nadrukowaną sympatyczną myszkę. Nie bez powodu zestaw nazywa się "Little Cutie" - jest naprawdę słodki.
Jesteśmy bardzo zadowolone z tej butelki i nie wracamy już do poprzedniej. 
Mniejszą butelkę przekażemy mającemu niedługo przyjść na świat maluszkowi znajomych. Na pewno bardzo się przyda :) 



Termoopakowanie to super praktyczna i przydatna rzecz. Specjalna folia termoizolacyjna wewnątrz termoopakowania powoduje, że pokarm wolniej się nagrzewa lub stygnie. Jest to niezmiernie przydatne, gdy nasze pociechy używają już butelki i piją z niej mleko, wodę czy inne płyny - zwłaszcza podczas spaceru, jazdy samochodem lub wyjścia na zakupy. Mamy pewność, że pokarm wewnątrz termoopakowania będzie idealnie się nadawał do spożycia przez nasze pociechy, gdyż termoopakowanie może zachować jego wyjściową temperaturę nawet do 2 godzin. Zagrzany zachowa swoją temperaturę nawet w chłodne dni i ułatwi nam codzienne czynności nawet w domu. Termoopakowanie ma praktyczny uchwyt, który pozwala na wygodne zamocowanie go np. na rączce wózka. Jest dość spore, więc pasuje na małe i duże butelki. Jest bardzo solidnie i estetycznie wykonane. Bardzo, ale to bardzo przypadło nam do gustu. W dodatku kolorystycznie pasuje nam do wózka, więc na spacery chodzimy sobie tak: 





Jestem bardzo zadowolona z zestawu Little Cutie, w szczególności z butelki. Wprawdzie niedługo będziemy z butelki rezygnować, na rzecz picia z kubeczka, ale teraz bardzo się nam ona przydaje. 
Dziękujemy za możliwość testowania! 



23 czerwca, 2017

Urlop nad Bałtykiem - obciach czy fajne wakacje?

Koniec roku szkolnego. Zapewne większość z Was ma już plany wakacyjne, cześć dopiero takie plany robi, a reszta pójdzie na żywioł.  Ale co roku pojawia się pytanie - gdzie jechać? 

Kiedyś urlop nad Bałtykiem był marzeniem (prawie) każdego Polaka. Na wakacje nad polskim morzem czekały dzieci, czekali dorośli. To było coś! Do dziś pamiętam moje pierwsze ( w dzieciństwie jedyne) wakacje nad Bałtykiem i dźwięk letniego hitu Sabriny "Boys, boys, boys" lecący z każdego głośnika we Władysławowie.

Teraz Bałtyk jest passe. Przynajmniej tak wynika z opowieści. Naszym rodakom przeszkadza nad Bałtykiem praktycznie wszystko: niepewna pogoda, tłumy, zanieczyszczona plaża, wysokie ceny, parawaning, zachowanie innych urlopowiczów  i wiele, wiele innych. 

Teraz Bałtyk to obciach. 
"Jedziesz nad morze? Polskie? W tej cenie miałabyś wczasy na Chorwacji! I pogoda pewna! Woda ciepła! Ja tam się nad Bałtyk nie wybieram". 

Mniej więcej takie dialogi można usłyszeć w kontekście wakacji ostatnimi czasy. Tylko skoro nikt tam nie jeździ, to skąd te  tłumy na plażach i tysiące parawanów w relacjach telewizji śniadaniowych? A, już wiem, telewizja  kłamie. To statyści. Albo zaawansowana grafika komputerowa. 

Dla mnie Bałtyk ma swój urok. Mam do niego sentyment. 
Ze względu na moje miejsce zamieszkania (podkarpacie) na plażę chorwacką mam tylko troszeczkę dalej niż nad polską. Ale mimo to ciągnie mnie nad Bałtyk. W Chorwacji takich piaszczystych plaż nie znajdziemy, a największa frajda dla dzieci to ...piaskownica! Można tatusiowi zakopać całą nogę, albo on może zakopać nas po pas. Można się turlać, skakać, przewracać, budować zamki, tamy i co tam jeszcze wyobraźnia przyniesie. Dzieciom temperatura wody nie przeszkadza. Gdy ja szczękam zębami ledwie zamaczając kostki moje dziecko zanurzone prawie po szyję, radośnie piszcząc (też szczękając przy tym zębami) woła "Mamusiu, chodź do nas! Woda jest fajna!" 



Parawaning
Parawany od zawsze były wpisane w krajobraz bałtyckich plaż. Mają osłaniać przed wiatrem, który nad morzem jest dość silny i zapewnić odrobinę prywatności na zatłoczonej plaży. A że dużo plażowiczów to i dużo parawanów. Nie ma się co dziwić. Ale czy wszyscy musimy wypoczywać tuż przy głównym wejściu na plażę? Może wystarczy przejechać się kawałek dalej, poszukać mniej zatłoczonej plaży ? Są takie, naprawdę. Byłam, widziałam. Tyle, że nie była ona usytuowana przy głównym deptaku, trzeba było podjechać samochodem ok 2km (można i taki dystans pokonać piechotą, ale z wielką torbą zabawek, kocem i plażowym namiotem nie byłby to najprzyjemniejszy spacer), przejść przez las i ...voila - własna, prawie prywatna plaża. 
Ale Polak nie po to na urlop jedzie, szuka noclegu najbliżej morza, żeby potem 2 km na plażę jechać! Więc wstaje takowy urlopowicz o 5 rano i idzie z parawanem na plażę zająć miejscówkę najbliżej wody. W końcu nie po to na urlop wyjechał, żeby daleko chodzić! 
Czy naprawdę w tych Chorwacjach, Bułgariach czy innych kurortach plaże są puste? Tam może parawanów nie ma, ale czy naprawdę można się tak swobodnie rozłożyć tam, gdzie akurat nam się spodoba i najbliższego sąsiada będziemy mieć 5 metrów dalej? 




Brud
No nie da się ukryć, jest. Nie wszędzie oczywiście, bo im mniej zatłoczona plaża tym mniej śmieci. Ale nadbałtycki piasek od lat usiany jest kawałkami szkła, niedopałkami, papierkami i innymi śmieciami. Nie unikniemy tego, ale zamiast narzekać, pozostaje spojrzeć na siebie i zabierać po sobie śmieci. Gdyby każdy plażowicz zabierał swoje śmieci ze sobą, plaże byłyby przecież czyste. 
Niestety, faktem jest że przy plażach koszy jak na lekarstwo, a jak już są, to wypełnione po brzegi śmieciami, bo służby nie kwapią się, aby je opróżnić. Toi -Toi'ów tez nie widziałam za wiele. Więc i plaże dzięki temu najczystsze nie są.

Pogoda
Nad Bałtykiem bywa kapryśna. Trzeba wziąć to pod uwagę wybierając się tam na urlop. W sumie to nawet nie dziwię się tym, którzy wybierają urlop w Chorwacji po dwóch spędzonych nad Bałtykiem urlopach, na których przez bite dwa tygodnie padał deszcz. Też bym się wkurzyła i obraziła na Bałtyk. 
W dodatku, niezależnie od temperatury powietrza, woda w Bałtyku lodowata. 
Ja za każdym razem miałam szczęście.Ile razy byliśmy nad morzem, tyle razy akurat były afrykańskie upały w całej Polsce. Na 1,5 tygodnia pobytu jeden deszczowy dzień. Wiem, to prawie tak, jakby wygrać szóstkę w totka. 
Ale taki mamy klimat niestety. 



Kicz, tandeta i drożyzna
Narzekamy na stragany z kiczowatymi duperelami, poduszki z foczkami, plastikowe bransoletki imitujące bursztyn i całą masę innych gadżetów rodem z Chin. Mało tego, jeszcze całkiem to nietanie. Teraz, w dobie internetu i aliexpress, gdzie wszystkie te rzeczy możemy nabyć za przysłowiowego "dolara" takie stoiska nas wkurzają, bo ceny rzeczywiście potrafią tam odstraszyć. A dzieciom oczywiście się to podoba i koniecznie muszą mieć piątą łopatkę, piłkę, trzydziestą bransoletkę czy jeszcze inną setną kiczowatą zabawkę. 
Ale takie prawo dziecka. Pewnie, nie kupujmy wszystkiego, ale od jednej pierdołki więcej świat się nie zawali, a my nie zbankrutujemy. A jaka radość dziecka! 
Mam wrażenie, że radość dziecka jest wprost proporcjonalna do ilości różu  (w przypadku dziewczynek), kiczu i plastiku w zabawce. A jeszcze jak do tego gra albo świeci to już w ogóle szał. 



Nuda
Jak już się znudzi plażowanie, nie ma co robić nad tym morzem. 
Niestety, mało jest miejscowości typowo nadmorskich, w których w przypadku brzydkiej pogody mamy jakaś alternatywę. Gdzieniegdzie mamy aquaparki, w Trójmieście wiadomo - mnóstwo do zwiedzania, ale nie czarujmy się,  w większości mniejszych miasteczek nie mam nic poza plażą. Ale ja mam na to sposób (jeszcze nie musiałam korzystać) - zawsze zabieram kilka pudełek puzzli, gry planszowe, kolorowanki, bajki i inne rzeczy, które zabiją nudę w czasie deszczu. Dodatkowo bierzemy rowery. W razie mniej upalnej pogody uderzamy na wycieczki rowerowe - a malowniczych tras nad morzem nie brakuje. 



Korki 
Fakt, nadmorskie miejscowości mają to do siebie, że są na północy i o ile nie płyniemy z Finlandii, to musimy dojechać do nich samochodem (ewentualnie pociągiem lub samolotem, ale wtedy korki nas nie dotyczą) z kierunku południowego. Nic  więc dziwnego, że drogi dojazdwe do w/w miejscowości są zatłoczone. Biorąc poprawkę na stan owych dróg - o korki niestety nietrudno. 
Sama korków ni lubię. dzieci jeszcze bardziej - jak samochód nie jedzie to wszystko jest źle, niedobrze i w ogóle beznadziejnie. 
Ale drogi na szczęście są czynne całą dobę. My z tego korzystamy i jeździmy w nocy. Chłodniej, bez korków i jaka frajda dla dziecka ...Zasnęło ...i jak się obudziło było już 600 km dalej ... ( to starszy egzemplarz, młodszy w aucie niestety nie śpi i z nią jeszcze nie próbowaliśmy zrobić takiej trasy). 

Wszystko powyższe to prawda. Może się zdarzyć, że jadąc na wakacje utkniemy w giga-korku, po przyjeździe na miejsce okaże się, że pogoda jest paskudna, woda zimna a do tego są sinice i jest zakaz kąpieli. Będziemy się nudzić jak mopsy i narzekać, jak to nad tym naszym morzem jest beznadziejnie. 

Jest jednak jeszcze jedno "ale" od tych narzekań. Wyjazd nad morze to... przyjazd po zdrowie! Dziecko, bawiąc się na plaży, wdycha powietrze przesycone składnikami wody morskiej, w którym są mikroskopijne kryształki soli, jod, brom, wapń i magnez. Te pierwiastki leczą katar, łagodzą też stany zapalne w oskrzelach, alergię, astmę.
Owszem, jod występuje nad każdym morzem, ale nad Bałtykiem (podobnie jak nad innymi morzami północnymi) jest go więcej. Przyczyna? Większa prędkość wiatru nad Bałtykiem i wyższe fale (a to właśnie ich rozbijanie się o brzeg powoduje mgiełkę zdrowotnego morskiego aerozolu).

Zatem jeśli trafisz nad Bałtykiem na fatalną, wietrzną i sztormową pogodę nie pakuj od razu walizek i nie wracaj do domu.  Wtedy właśnie w powietrzu jest najwięcej cennych pierwiastków, w tym jodu. Im silniejszy wiatr, im wyższe morskie bałwany, tym lepiej. Cieplej ubierz siebie i dziecko i idźcie na plażę. Nie zamykajcie się w pokoju tylko idźcie na spacer pooddychać pełną piersią :) 

Podsumowując: dla mnie Bałtyk to żaden obciach. Wracam tam z przyjemnością, nie straszne mi korki, tłumy i stragany. Uwielbiam to miejsce i tą samą miłość do Bałtyku chcę wpoić moim dzieciom. 
Polska jest piękna, trzeba tylko umieć to docenić i nie szukać dziury w całym. 

*wszystkie zdjęcia są nasze; wykonane na wakacjach w 2015 r.